Aktualne wydanie
Wydanie nr 9/2026 (691)
N A P O C Z Ą T E K
5T E M A T T Y G O D N I A
18K R A J
26Ś W I A T
48H I S T O R I A
53SP O R T
56S I E C I K U L T U R Y
59N A T U R A DLA L U D Z I
66P O D R Ó Ż E
68K U C H N I A
69N A K O N I E C
70Moja obietnica
Martwimy się swoją dramatycznie złą demografią,
ale nie ma dziś właściwie nikogo, kto by nie
miał powodów do zmartwień. Także Czechy,
które przez lata uchodziły za państwo, które radzi sobie
w sferze dzietności relatywnie dobrze. Jak podał Krzysztof
Dębiec, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich, w 2025 r.
zanotowano tam najmniej urodzeń w historii pomiarów.
Od 2021 r. – dodaje analityk – notowane są corocznie strome
spadki – łącznie to 30 proc. „Nawet nie można powiedzieć,
że sprawdza się najgorszy scenariusz – jest gorzej” – czytamy
w analizie. Urodziło się zaledwie 77 tys. dzieci, tyle, ile
miało się urodzić w 2029 r. Wskaźnik dzietności u naszych
południowych sąsiadów wynosi dziś 1,25 dziecka na kobietę,
a więc i tak znacznie więcej niż w Polsce, gdzie spadł poniżej
1,1 dziecka. Krzysztof Dębiec przywołuje wyniki badań
uniwersyteckich sprzed dwóch lat: w 2005 r. 73 proc. Czechów
uważało posiadanie potomka za konieczny warunek
spełnionego życia. W latach 2020–2022 już tylko
41 proc., a wśród kobiet w wieku do 29 lat – zaledwie
22 proc. Dramatyczne załamanie, które nie wróży
nic dobrego.
Polska debata wokół tragedii demograficznej
(tygodnik „Sieci” stara się ją inspirować) rozkręca
się powoli. Na pewno całkowicie nieadekwatnie
do skali klęski, która nas spotkała. Jest to
klęska równa przegranym wojnom, nawet zaborom.
Bo co prawda dochrapaliśmy się statusu
20. gospodarki świata oraz przyzwoitego PKB na
głowę mieszkańca, przeganiając kraje historycznie
bogatsze, ale zapłaciliśmy za to straszliwą cenę.
Załamanie dzietności to sygnał rozpadu
społecznego, samych jego podstaw.
Lektura mediów społecznościowych,
zwłaszcza
wątków poświęconych relacjom
młodych mężczyzn
z młodymi kobietami, pokazuje
skalę trudności,
przed którą stają młodzi
ludzie chcący zbudować
nawet nie rodzinę, lecz
po prostu trwałą relację
z intencją pójścia
wspólną drogą. Do tego
dochodzi luka edukacyjna,
czyli wykształcone
kobiety przenoszące
się do dużych
miast oraz mężczyźni
na prowincji wykonujący
prace fizyczne,
jak i zauważalny w całym
świecie zachodnim rozdźwięk polityczny: młode kobiety
przesuwają się w stronę lewicy, a mężczyźni – w stronę
prawicy. Coraz trudniej coś skleić, łatwiej żyć w świecie
przygodnych relacji (ich częstotliwość także gwałtownie
spada), i w świecie internetowych kapsułek, pełnych
neurotycznych
emocji. W sumie wolałbym Polskę bez tego
spektakularnego sukcesu gospodarczego, ale choć odrobinę
zdrowszą społecznie.
Są jednak i pozytywy. Zaproponowany przeze mnie
i przez socjologa Marka Grabowskiego Dekalog Narodowego
Przetrwania spotkał się z zaskakująco ciepłym przyjęciem.
Wielu ludzi dobrej woli wyczuwa konieczność
rozpoczęcia dyskusji wokół konkretnych, radykalnych
propozycji. Zamawianie kolejnych analiz nic nam nie przyniesie.
Wiemy, że jest bardzo źle, wiemy też, jakie są tego
przyczyny. Nie wiemy, jak ruszyć do przodu, jak cokolwiek
zmienić. Gdzie znaleźć siły społeczne i polityczne, które podejmą
problem na poważnie? Politycy – nie oszukujmy się
– w większości odwracają głowę, zbywają, ignorują
(z nielicznymi wyjątkami, którym chwała). Także
dlatego, że wiedzą, że to sprawa, która w państwach
demokratycznych jest być może nie do
udźwignięcia narzędziami demokratycznymi.
Ale nie można się poddać. Nie można biernie
patrzeć na śmierć własnego narodu, na odejście
w niebyt dorobku 40 pokoleń. Być może musimy
spaść na samo dno, złapać twardy grunt, by się
odbić. Spaść do momentu, w którym narodziny
pojedynczego dziecka będą wydarzeniem relacjonowanym
przez ogólnopolskie media, bo będzie to
tak wielka rzadkość. Ktoś powie: do tego jeszcze
daleko. A ja sądzę, że nie tak daleko,
jak się wydaje. W niektórych gminach
to już jest rzeczywistość.
Rzeczywistość rodem z filmu
katastroficznego. A wszystko
w groteskowej atmosferze
neurotycznej turystyki i podróży
w zakątki dalekich kontynentów.
Bo nienasycone „ja”
domaga się kolejnych doznań
do kolekcji.
Może nic się nie da zrobić,
może to naprawdę wyrok historii
na Polskę, na europejską
cywilizację. Ale jedno
mogę państwu obiecać:
póki starczy sił, będę mówił
i pisał o tej tragedii, choćby
naprawdę nikt nie chciał
słuchać. Obiecuję.
Jacek Karnowski







